Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2015

H.P. Lovecraft: Coś na progu

Wczoraj zakończyłam kilkumiesięczną przygodę ze zbiorem opowiadań Coś na progu. Aż chciałoby się krzyknąć całemu światu: "Nareszcie!" Stąd wykluł się pomysł, aby powstał ten oto radosny post.

nie recenzja

Lovecraft - pisarz, który wzbudza we mnie mieszane uczucia. Nie powiem, aby było to moje pierwsze z nim spotkanie. Znawczynią jego prozy też nie jestem. Wielbicielką - tym bardziej. Ot, przeczytałam kiedyś dwa z jego opowiadań, Szczury w murach i Przyczajoną grozę, która, jak się miało okazać, wchodzi akurat w skład wydanego w 1999 roku zbioru Coś na progu. Więc jakieś tam pojęcie o Lovecrafcie miałam. Jego nazwisko od lat obijało mi się o uszy przy okazji różnych wywiadów z ludźmi kina i pióra. Uważany jest za klasyka literatury grozy, którego dzieła inspirują wielu współczesnych twórców, choćby takiego Guillermo del Toro czy Stephena Kinga. Dla horroru - postać kanoniczna. Spokojnie zatem mogę włączyć Lovecrafta w poczet pisarzy "zaliczonych", do których nie wrócę. Obowiązek swój spełniłam - ja, fanka horroru, za którą zawsze się uważałam. Fanka jednakże wybredna.

Lovecraft - aż prosi się, aby wyskoczyć z banałem: "człowiek, którego nazwisko kojarzy się z czarną magią i wiedźmami, musiał oczarować rzesze czytelników na całym świecie". Mnie nie oczarował. Nawet nie był blisko bukowego lajka. Wpędził mnie natomiast w permanentną irytację, która rosła w miarę czytania. Początkowo czułam wręcz wrogość jego literatury, jakiś wewnętrzny opór. Myśli, które pojawiały się w mej głowie to: "Grafoman!", "Nieudolna kalka Poego!". I te nadużywane do obrzydzenia przymiotniki: prastary, groteskowy, przerażający, pradawny... Razi archaiczny styl, jakby autorowi zależało na naśladowaniu XIX-wiecznych pisarzy - brakuje mu jednak ich autentyzmu. W trakcie czytania odnosi się również wrażenie, iż akcja opowiadań dzieje się w zamierzchłych czasach, dopóki nie pojawi się jakiś element nowoczesności, jak samochód czy elektryczność. Nie trzeba też w kółko powtarzać, że coś jest "odrażające", "posępne", "straszliwe", lecz umiejętnie opisać, aby takim się stało. "Niewysłowiona groza" zaiste bije z Lovecrafta, bije, aż w zębach trzeszczy.

Lovecraft posiada ponoć szczególny klimat - którego na ogół nie czuję. Na ogół, gdyż czasem, podczas lektury, pojawia się owe nieuchwytne "coś", dla którego obcuje się z literaturą grozy - pewien niepokój. Nawet jeśli opowieści nie zrobiły na mnie większego wrażenia, pozostały we mnie później jak osad, jak przykry, metaliczny posmak na języku, do którego wciąż wracam myślami, bezwiednie i mimo woli. Przyznaję, iż był on twórcą obdarzonym olbrzymią wyobraźnią. Najciekawszy koncept ubrany w słowa Lovecrafta staje się jednak męczący i nudny. Śmiem nawet twierdzić, iż był on nieudolnym, prowincjonalnym grafomanem. Mocne to słowa, co nie zmienia faktu, że jest on obecnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych, uwielbianych autorów na świecie. Nie uniknę banału, powtarzając za wieloma przede mną, że Lovecrafta albo się kocha, albo nienawidzi. 

Z utworów zawartych w tym zbiorze największe zainteresowanie wzbudziły we mnie Piekielna ilustracja, W grobowcu, Przybysz, częściowo również Przeklęty dom. Tytułowe Coś na progu długo zapada w pamięć, głównie z powodu wybornego finału. Kilka opowieści zostało sfilmowanych. Adaptacja opowiadania Zimno weszła w skład nowelowego Necronomiconu z 1993 r., z którym wprawdzie - poza wyjściowym pomysłem - niewiele ma wspólnego. Sny w domu wiedźmy zekranizowano w serialu Mistrzowie horroru, a Przyczajona groza stała się kanwą scenariusza Hemoglobiny (Bleeders) z 1997 r. To właśnie ten film, mimo iż jest marną produkcją klasy B, skierował moją uwagę na twórczość Lovecrafta. Hemoglobina jest jednak na tyle luźną adaptacją, iż można śmiało powiedzieć, że opowiadanie było jedynie inspiracją dla powstania filmu. Podobnie zresztą rzecz się ma z adaptacją Szczurów w murach. Gdybym nie wyczytała gdzieś, iż jest nią pierwszy segment Necronomiconu, w życiu bym na to nie wpadła. Żadnych cech wspólnych nie widzę. Już prędzej dostrzegam je u Stephena Kinga w opowiadaniu Dola Jeruzalem - które jest, nota bene, świetnym przykładem tego, jak uczeń przerósł mistrza: niesamowicie klimatyczne i przyprawiające o gęsią skórkę połączenie frapującego pomysłu z solidnym warsztatem pisarskim. Więcej w nim Lovecrafta niż w samym Lovecrafcie.

Napisałam wcześniej, że Lovecraft jest jednym z tych pisarzy, do których nie wrócę. Może nie do końca jest to prawda. Wciąż kuszą mnie takie tytuły, jak Reanimator, Widmo nad Innsmouth, Zgroza w Dunwich. Kusi mnie świat przez niego wykreowany. Sądzę, iż jeszcze dam mu szansę - kiedyś, w przyszłości. Nie porwę się jednak na cały zbiór, ale będę czytać wyrywkowo, po jednym opowiadaniu. Za to w końcu je lubię, a ostatnimi czasy przedkładam nad powieści: za krótką, niezobowiązującą formę i swobodę, z jaką mogę sięgnąć po książkę, by ją, gdy mi nie odpowiada, odłożyć.


Opowiadania zawarte w zbiorze: 
- Ogar 
- Piekielna ilustracja
- Coś na progu
- W grobowcu
- Świątynia
- Przyczajona groza
- Grobowiec
- Przybysz
- Przeklęty dom
- Zimno
- On
- Sny w domu wiedźmy. 





H.P. Lovecraft Coś na progu
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 1999
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Oprawa: miękka
Liczba stron: 241
 
__________________________________________________


sobota, 27 grudnia 2014

Fantastyczne lata 90.

PODRÓŻ SENTYMENTALNA

Gatunki science fiction i fantasy, zmyślnie ukryte po szerokim pojęciem fantastyki, od lat nieodmiennie kojarzą mi się z tandetą. Nie mam tu na myśli poziomu literatury, bo, jak w każdym gatunku, posiada ona zarazem bagienne szmiry jak i wysokiej klasy dzieła, ale jakość wydania: fatalne, upośledzone graficznie okładki, papier makulaturowy - jeśli nie toaletowy - rozklejające się bloki gubiące kartki. Nigdy nie pomniejszałam znaczenia fantastyki - nie ja, od dziecka obdarzona wybujałą wyobraźnią, wychowana na strasznych i niesamowitych baśniach Andersena i braci Grimm. Dość wcześnie też, bo gdzieś w początkach podstawówki, odkryłam Juliusza Verne'a. Z takich Łowców meteorów rozumiałam wprawdzie niewiele, Verne utrwalił we mnie jednak zamiłowanie do steampunku, który do dzisiaj czai się u podstaw moich fantastycznych fascynacji.
Wystarczy zresztą sięgnąć po autorów jak Arthur C. Clarke, Isaac Asimov, Arkadij i Borys Strugaccy czy Frank Herbert, by przekonać się, jak często w kamuflażu fantastyki naukowej przemycali oni egzystencjalizm, metafizykę, zagadnienia natury religijnej i moralnej, a nieraz i całe traktaty filozoficzne. Ich dzieła są świadectwem tego, jak płynna może być kultura wysoka i jak przenika ona codzienność, by funkcjonować w bogatym kręgu popkultury.

Na początku lat 90. w Polsce nastąpił prawdziwy wysyp światowej literatury fantastycznej. Jak grzyby po deszczu pojawiały się różnorodne wydawnictwa, oferujące klasykę Andre Norton, Michaela Moorcocka, Ursuli Le Guin, Roberta E. Howarda i wielu, wielu innych. Księgarnie zostały dosłownie zasypane zachodnią fantastyką, w tym s-f i horrorem. Niektóre z tych wydawnictw nie przetrwały zbyt długo (świętej pamięci Phantom Press), ale inne, jak Rebis czy Amber, z powodzeniem działają do dzisiaj. Co się stało z wydawnictwami Express Books i Alfa - nawet nie wiem. Pewnie poległy ku chwale konkurencji.

Obok fantastyki nie dało się w tym czasie po prostu przejść obojętnie. Przyciągała z księgarskich wystaw wyposzczony komuną wzrok niczym barwne, egzotyczne ptaki. Ojciec kupował dużo literatury, wystarczyło zatem sięgnąć tylko na "wyższą" półkę... Miałam skąd czerpać, nie powiem. A że, jako fan Conana, preferował głównie fantasy, zaczytywałam się w przygodach Czarnej Kompanii, Kane'a i w Świecie Czarownic. 

Phantom Press może i odpowiada za najbardziej paskudne książkowe okładki świata, ale najlepiej też obrazuje rynek wydawniczy fantastyki wczesnych lat 90. Ach, cóż to były za czasy... Książki tanie jak barszcz, rozlatujące się często po pierwszym czytaniu, ohydne okładki (czasem kontrastujące z wyborną treścią), na których muskularni herosi w skórzanych majtkach i rogatych hełmach siłowali się ze zmutowanymi jaszczurkami, a towarzyszyły im półnagie dziewoje o bujnym biuście, rażącym po oczach niczym laser. Więcej było w tym makulatury niż dobrej literatury, dawało się jednak wyłowić z niej czasem coś wartościowego. To wtedy poznałam Franka Herberta i jego cykl o Diunie, któremu pozostałam wierna do dzisiaj, Księgi Krwi Clive'a Barkera, a także jeden z moich ulubionych cykli fantasy - Czarną Kompanię Glena Cooka. Conan Howarda jakoś do mnie nie trafiał, pamiętam jednak, że po początkowych potworkach wydawniczych cieszył się on całkiem jak na owe czasy przyzwoitym wydaniem, opatrzonym pracami Franka Frazetty.

________________________________________________

A oto kilkanaście pozycji z tamtych lat, które uchowały się do dzisiaj na półce - przyznaję, że większość wyniosłam na strych, moje prywatne cmentarzysko martwych książek.  


Colin Wilson Pasożyty umysłu 

Wydawnictwo EXPRESS, Bydgoszcz 1990
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1990

"...to absolutnie niebezpieczna książka" 
- jak głosi ostrzeżenie z okładki.

Tłumaczyli Beata Moderska i Tadeusz Zysk, współzałożyciel Domu Wydawniczego REBIS i jeden z założycieli wydawnictwa Zysk i S-ka.
Pierwszy tytuł wydany przez Rebis.

Mało gdzie się wspomina, że Pasożyty umysłu opublikowane zostały we współpracy z wydawnictwem EXPRESS (późniejsze Express Books? logo wygląda niemal identycznie). Książkę kupiłam jeszcze przed denominacją - za 5000 zł, czyli prawie za darmo, w księgarni przy ulicy Franciszkańskiej, której od dawna już nie ma. Ciekawe, który przemyślanin jeszcze o niej pamięta?

_______________________________________________


Carl Sagan Kontakt

Wydawnictwo Express Books, Bydgoszcz 1991

Słynna powieść science fiction, obecnie już trochę zapomniana. Nie wydawana w Polsce od lat 90. I jak to często bywa z s-f, rasowa powieść filozoficzna ubrana w szaty fantastyki naukowej.
Na jej podstawie powstał film z Jodie Foster i Matthew McConaughey.
Przynajmniej tym razem obeszło się na okładce bez maszkary z kosmosu. 

______________________________________________


Robert E. Howard, Lord Dunsany Barbarzyńca i marzyciel: Dwa światy fantasy


Wydawnictwo Versus, Lublin 1990

Jedna z pierwszych pozycji fantasy, jakie pojawiły się w moim domu po przemianie ustrojowej. Krzykliwa okładka zapewne miała przyciągać wzrok, na niej zaś pokraczny Indianin-zombie w zbroi (wybacz, Geronimo). To, co popełniło wydawnictwo, powinno być karalne.

_______________________________________________


F. Paul Wilson Twierdza

Wydawnictwo Amber, Poznań 1990

Spoglądamy i wiemy już wszystko: jest szczerzący kły wampir, noc, błyskawice, w oddali złowrogi zamek, na baszcie flaga ze... swastyką? Tak, tak, nie mylicie się. Będą wampiry (czyżby?) i naziści. Twierdza to kapitalny horror, nie idealny, nie pozbawiony wad, ale dość oryginalny i sprawnie poprowadzony fabularnie, który zyskał już w pewnych kręgach miano kultowego.
Redaktorem - znana postać - bo Rafał A. Ziemkiewicz.

_______________________________________________


Gordon McGill Rumak

Wydawnictwo Atlantis, Warszawa 1991

Za tę oto ilustrację odpowiada niejaka LINEA. Pseudonimu się nie dziwię, mnie też wstyd byłoby się przyznać i sygnować własnym nazwiskiem. Cóż, tytułowy rumak ma czerwone ślepia, a dziewoja modną fryzurę, bo ubrania już nie ma wcale - ważny element, mający przyciągnąć dojrzałego czytelnika.

Horror to gatunek, który z początkiem lat 90. został najbardziej upośledzony estetycznie, jeśli można tak to nazwać. Niestety, obecnie zbyt mało posiadam tego rodzaju literatury, by uświadomić Wam ogrom ówczesnej tandety. Ale inni już to zrobili przede mną. Jeśli interesuje Was, czego dokonało słynne wydawnictwo Phantom Press, zajrzyjcie tutaj, a nie pożałujecie ;) 

Podejrzewam, że za ileś tam lat książki tego wydawnictwa staną się obiektem osobliwych poszukiwań kolekcjonerskich...

_______________________________________________


Glen Cook Czarna Kompania

Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1993

Dziękuję Rebisowi, że postanowił wydać ten wspaniały cykl. Spędziłam z nim niezapomniane chwile nastolatką będąc, a i teraz nieraz powracam do niego z uśmiechem na twarzy. Uwielbiam styl Cooka, prosty i lakoniczny, trafiający w sedno rzeczy bez niepotrzebnych upiększeń i wywodów nad detalem uroczego krajobrazu. Uwielbiam jego ironiczny humor, który bawi mnie jak żaden inny. Uwielbiam sposób narracji Konowała, nazewnictwo postaci i miejsc. A poza tym uwielbiam Duszołap i całą zgraję pozostałych bohaterów. Tylko okładki nie uwielbiam. Jednak w roku, w którym ukazał się tom 1 miałam trzynaście lat i nie bardzo zwracałam uwagę na takie szczegóły. Mnie tam się podobała, bez względu na to, czy przedstawiała kompanię najemników, czy długie łodzie Wikingów.

_______________________________________________



Arthur C. Clarke Miasto i gwiazdy

Wydawnictwo Mizar, Warszawa 1993
Książka została wydana we współpracy z Wydawnictwem Amber

Arthur C. Clarke to jeden z czołowych, najbardziej uznanych pisarzy nurtu science fiction, nic zatem dziwnego, że jego Miasto i gwiazdy znalazły się w amberowskiej serii wydawniczej Mistrzowie SF. Poza nim w serii tej widnieją równie wielkie nazwiska: Isaac Asimov, Robert Silverberg, Philip K. Dick, Frank Herbert, Strugaccy, Robert A. Heinlein, Ursula Le Guin, Clifford D. Simak, Dan Simmons... Uff, sama żelazna klasyka science fiction. 

Prawdę mówiąc, nie pamiętam już, czy latający obiekt z okładki ma się jakoś do fabuły, ale, idąc śladem popularnego wówczas trendu, strzelam, że nie.

Miasto i gwiazdy zostały wcześniej wydane w 1984 roku jako wkładka do miesięcznika Fantastyka. 

_______________________________________________


Anthony Piers Sos Sznur

Wydawnictwo Amber, Warszawa 1994 

Pierwszy tom trylogii Krąg Walki. Wizja postatomowego świata, w którym ludzkość cofnęła się do ery koczowniczych neo-barbarzyńców, panuje prawo silniejszego, a spory rozwiązywane są za pomocą broni w honorowej walce. Przyzwoita lektura, która porywa i wciąga. Czyta się jednym tchem.

Okładka jest równie oderwana od treści co w pozostałych tytułach trylogii, gdzie ilustracje wybierane były chyba metodą losowania w ciemno.


Cieszę się, że książki przetrwały pobyt na obozie harcerskim Jerutki '94.
Przewinęły się wówczas przez ręce (i umysły) kilku osób, zaś na jednej ze stron tytułowych zachowały się interesujące wpisy od wakacyjnych przyjaciół.

_______________________________________________


 Frank Herbert Diuna

Wydawnictwo Phantom Press International, Gdańsk 1992

Powieść, której żadnemu fanowi science fiction przedstawiać nie trzeba. Traktat filozoficzny nad istotą wiary i człowieczeństwa, pozycja kanoniczna gatunku.
Zawsze lubiłam to wydanie i tłumaczenie (przełożył Marek Marszał), na nim się wychowałam. Jak na Phantom Press grafika z okładki jest wybitnie dobra. I pasuje do treści: Fremen, czerw i ornitoptery, czyli stałe elementy pustynnej planety. Czysty old school.
Okładkę ilustrował Radosław Dylis, podobnie jak pozostałe tomy Kronik Diuny. Resztę cyklu Herberta Phantom Press wydał w Polsce po raz pierwszy - i za to wieczna mu chwała.
Całość została wydrukowana w Wielkiej Brytanii.

________________________________________________


Ursula Le Guin Świat Rocannona

Wydawnictwo Amber, Poznań 1990 

Kolejna pozycja z serii Mistrzowie SF, pierwszy tom cyklu Hain (Ekumena). Debiut Ursuli Le Guin. 
Na okładce znowu skórzane majtki i rogate hełmy - to Frank Frazetta, of course.

________________________________________________


Marvin Kaye, Parke Godwin Władcy samotności

Wydawnictwo ALFA, Warszawa 1993 

Całkiem niezła powieść science fiction, ale okładka nieadekwatna do treści. 
Co to ma być? Kobieta-cyborg? Bo na pewno nie członkini Plemion Lasu.
Władcy samotności to kolejny (po Kręgu Walki) przykład typowej postatomowej s-f, gdzie mamy ukazany regres ludzkości do prymitywnych społeczeństw. Książka ma swoje momenty, ale czytałam już lepsze.

_______________________________________________


Andre Norton Świat magii czarownic

Wydawnictwo Pomorze, Bydgoszcz 1990

Zbiór opowiadań z uniwersum Świata Czarownic. Książkę tę, podobnie jak pozostałe tytuły serii tematycznej, darzę ogromnym sentymentem. W dzieciństwie systematycznie pochłaniałam kolejne "czarodziejskie" tomy, niektóre czytając kilkukrotnie. Dzisiaj niewiele z nich pamiętam, choć nazwy jak Ithkrypt i Estcarp wciąż brzmią znajomo. 

Egzemplarz, który posiadam, dawno już rozłożył się na czynniki pierwsze i każda kartka jest w nim osobno - kiepski klej, rzecz charakterystyczna dla ówczesnych wydań. Okładka nawet mi się podoba. Dobrze oddaje klimat uniwersum, choć cel golizny był pewnie bardziej prozaiczny. W porównaniu z takim cukierkowym paskudztwem, jakim obecnie uraczyło nas wydawnictwo Nasza Księgarnia (Świat Czarownic), jej projekt graficzny jest całkiem niezły. 

_______________________________________________


Andre Norton Kryształowy Gryf

Wydawnictwo Amber, Warszawa 1991

I po raz kolejny okładka, która pasuje do treści jak pięść do oka. 

Tym razem autorem ilustracji jest nie Frazetta, a inny światowej sławy artysta fantasy, Boris Vallejo. Jak głosi Wikipedia, jego obrazy "najczęściej przedstawiają umięśnionych bohaterów i skąpo ubrane Walkirie". Spoglądając na okładkę Kryształowego Gryfa, trudno się nie zgodzić. Trudno również Vallejo odmówić talentu w uchwyceniu piękna kobiecego ciała, ale... No właśnie, ale. Ale nie do tej książki (którą, nota bene, przeczytałam po raz pierwszy mając lat dwanaście - spokojnie, powieść dość młodzieżowa). Na szczęście pozostałe dwa tomy mają już ilustracje adekwatne do treści - również autorstwa Vallejo.


Tak to było, kiedy nie napisano jeszcze Harry'ego Pottera... Młodzież czytała pełną magii i czarownic fantasy o skandalicznych, pełnych golizny okładkach.

_______________________________________________


Karl Edward Wagner Pajęczyna Ciemności

Wydawnictwo Phantom Press International, Gdańsk 1991

Na koniec pozwoliłam sobie zachować największego potworka z mojego księgozbioru, choć pewnie gdybym pogrzebała w pudłach na strychu, znalazłabym lepsze kwiatki. Parę nawet teraz przychodzi mi na myśl... 
No cóż, walory estetyczne wagnerowskiego cyklu o nieśmiertelnym Kane w odsłonie Phantom Press nie podlegają dyskusji. Wprawdzie w pierwszym tomie cyklu wydawnictwo zapomniało wspomnieć, któż to jest autorem porażającej ilustracji na okładce, ale w następnych już nie. Otóż odpowiada za nie niejaki Robert Chmielewski, a opracowaniem graficznym zabawili się Bogdan Dams i Krzysztof Izdebski. Gratuluję konceptu: cycki, sandały i majtki. Poza tym książki są tak fenomenalnie sklejone, że dosłownie rozsypują się w rękach.

Pozostałe tomy:


Co ciekawe, w tym samym czasie co Phantom Press (1991 rok) Amber również zaczął wydawać cykl Kane, którego jednak nie ukończył. Wielka szkoda. Pozycje te miały przede wszystkim całkiem inne tłumaczenie (powstały przy okazji drobne różnice w tytułach) i lepszą szatę graficzną. Z Amber ukazały się trzy pierwsze tomy cyklu - w twardych oprawach z ilustracjami Franka Frazetty.


Karl Edward Wagner Wichry nocy
Wydawnictwo Amber, Warszawa 1994

_________________________________________________




 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Junji Ito, Mega Manga i Remina

Wszystko zaczęło się w 2011 roku, kiedy to J.P.Fantastica, wydawnictwo specjalizujące się w komiksach japońskich, postanowiło wprowadzić na nasz rodzimy rynek najbardziej znane - i uznane - dzieło Junji'ego Ito, Uzumaki. W tamtym momencie kontynuacja dzieł Ito w Polsce była zapewne, jak domyślam się, uwarunkowana tym, jak tytuł ów zostanie przyjęty przez środowisko czytelników mangi i czy debiut ten zakończy się sukcesem. Jak pokazały następne lata, nie był to strzał chybiony. Nie wiem, czy miarą tego sukcesu była wysoka sprzedaż, a co za tym idzie, lukratywne wpływy (to w przypadku mang w ogóle możliwe?), czy wydawnictwo po prostu na tym interesie nie straciło, lecz następną decyzją J.P.F. postanowiło wprowadzić na polski rynek wydawniczy pozostałe dzieła autora Uzumaki. I tak, w ramach serii Mega Manga w roku 2013 ukazało się Gyo, a w lutym 2014 roku Black Paradox. Miał być to koniec Ito w Mega Mandze, wydawnictwo zrobiło jednak czytelnikom niespodziankę i jeszcze przed premierą Black Paradox ogłosiło wydanie niejako "bonusowej" mangi Jigokusei Remina (Hellstar Remina). Był to, niestety, typowy chwyt marketingowy.

Przyznam, że początkowo ucieszyła mnie ta wiadomość. Remina miała być pierwszą wydaną w Polsce mangą Ito, której wcześniej nie czytałam. Podekscytowana niczym dziecko, kupiłam ją zupełnie w ciemno już kilka miesięcy przed premierą. Zresztą zabieg zastosowany przez J.P.F. jak najbardziej zachęcał do nabycia tej pozycji - jeśli nie tego wymagał - do pre-orderu Black Paradox dołączono bowiem specjalny box kolekcjonerski, który miał pomieścić cztery mangi Junji'ego, wchodzące w skład serii. Zaiste, nie lada gratka dla każdego wielbiciela mistrza graficznej makabry.

Specyfiką tej serii jest powiększony format komiksu (A5) oraz wysoki standard wydania: dopracowana szata graficzna i tłumaczenie, matowa obwoluta, znakomitej jakości papier i druk. Nie ma mowy o jakimkolwiek rozklejaniu się bloku. Marginesy są odpowiedniej szerokości, by nie stracić nic z planszy. Kontrast, jak na mój gust, jest zbyt duży, ale idzie się przyzwyczaić. Najwięcej tu czerni i bieli, mała skala szarości - to czasem przeszkadza. Poza tym wszystko jest na najwyższym poziomie. Dodam, że niektóre tytuły wydane są zbiorczo w postaci omnibusów, jak Uzumaki (trzy tomy w jednym) czy Gyo (dwa tomy w jednym).

Jak wydawnictwo informuje: Mega Manga to starannie dobrane tytuły dla wymagającego czytelnika. Są to wyjątkowe tytuły, wyróżniające się swoją oryginalnością, czy też tworzące fundamenty pod znane gatunki mang. Cóż, z tym się akurat nie zgodzę.
W Mega Mandze zostało dotąd wydanych osiem tytułów, z czego aż cztery jest autorstwa Ito. Dwa z nich to pozycje zaiste wysoko cenione (Gyo i Uzumaki), pozostałe dwa natomiast to dzieła, delikatnie mówiąc, dość średniej wartości. Dobrze narysowane, nie powiem, o miałkiej jednak i bzdurnej fabule, gdzie pomysł może i był, ale już gorzej z rozwinięciem, dopracowaniem, a już na pewno z zakończeniem. O ile jeszcze zrozumiałe dla mnie jest, że tym, którzy nie mieli wcześniej kontaktu z twórczością Ito, Black Paradox może wydać się mangą w miarę świeżą, o ciekawych rozwiązaniach fabularnych, o tyle wszelkich pień zachwytu nad Reminą - gwiazdą piekieł nie zdzierżę. A tych ostatnio, odkąd manga ukazała się, nie brakuje. Rozumiem, że trwa nasilona akcja promocyjna, to tak. Ale mówienie o tym żałosnym tytule w samych superlatywach to już w środowisku mangowym prawdziwe faux pas. I rozumiem, lub raczej zdaję sobie sprawę, że czymś te osoby, ci piewcy zachwytu, kierują się (zleceniem? zobowiązaniem?), lecz w powody te wolę nie wnikać.

Czytając dotychczasowe opinie i recenzje umieszczone w sieci, zdążyłam zauważyć, że większość osób zwykle bardziej docenia krótsze opowieści, dołączone do polskich wydań. Bo Ito mistrzem jest, a owszem, ale krótkiej formy, muszę tu zdradzić. I tak, na końcu Black Paradox straszy nas niesamowita Lizawa, a po Reminie wytrwałego czytelnika czekają Miliardy szwów, prawdziwe światełko w tunelu apokaliptycznej nudy i absurdu. Mnie akurat do gustu najbardziej przypadł Uskok na górze Amigara, dołączony do Gyo. Nie jest to wprawdzie historia obfitująca w makabrę i odrażające sceny, tak charakterystyczne dla Ito, zawiera ona jednak w sobie pewien niepokój, klimat klaustrofobicznej grozy z wybornym, mocnym finałem.

REMINA - OFIARA PIEKIEŁ [możliwe spoilery]


Może gdyby autor więcej uwagi poświęcił kosmicznej Reminie, a nie jej ziemskiej imienniczce, fabuła mangi potoczyłaby się w kompletnie innym kierunku... Możliwe. Mnie w tej historii najbardziej właśnie zabrakło Reminy-planety, w akcji na jej powierzchni krył się bowiem niebywały potencjał, zupełnie przez Ito niewykorzystany. Potencjał ten został ledwie zasygnalizowany w paru epizodach, które narobiły mi okrutnego apetytu na więcej. Tym razem obeszłam się smakiem. Zamiast skupić się na tym, co mogłoby być oryginalne i przerażające (w obliczu  t a k i e j  planety skojarzenia z Lovecraftem nasuwają się same) Ito zbyt wiele wagi przywiązał do ukazania nam licznych lecz monotonnych perypetii dziewczyny o imieniu Remina. Mógł z tego powstać udany komiks science fiction z elementami grozy, tymczasem otrzymaliśmy twór specyficzny i zastanawiający: heroiczną opowieść o Wielkiej Ucieczce - w porywach wiatru, w płomieniach, w tsunami, w obliczu zagłady ludzkości w tle.

Fabuła tej Mega Mangi zaiste jest mega prosta i nieskomplikowana: oto do Ziemi zbliża się tajemnicze ciało niebieskie, które przeniknęło do naszego Wszechświata z innego wymiaru. Zdarzenie to początkowo przyjęte jest dość entuzjastycznie, a "planeta", jak uparcie ją zwą, ochrzczona zostaje Reminą, od imienia córki jej odkrywcy. W miarę jak Remina pożera na swej drodze kolejne planety Układu Słonecznego, entuzjazm maleje, a ludzie, zamknięci na Ziemi niczym w pułapce, czekają na nieuchronny los. Czekają wszak nie do końca bezradnie, na świecie szerzy się bowiem fama, iż to Remina, jej ziemska imienniczka, odpowiada za ten kosmiczny kataklizm. Wkrótce też rusza za nią oszalały tłum...

I to by było na tyle, jeśli chodzi o fabułę. Dalej jest już tylko pogoń, upstrzona fajerwerkami postępującej apokalipsy. Im dalej w las, tym bardziej irytująco. Główna bohaterka, Remina, co chwilę uchodzi z życiem tylko dlatego, że ma więcej szczęścia niż rozumu, zawsze znajdzie się bowiem jakiś rycerz, który wybawi ją z opresji. Będąc centralną postacią tej historii, Remina jest zarazem najbardziej bierną, pasywną bohaterką całej mangi. Jej obecność ma w sobie coś z kosmicznej pomyłki, zwłaszcza że pozostali aktorzy tego spektaklu osobliwości również nie grzeszą inicjatywą ani rozumem. Zdaje się być niejako oderwana od rzeczywistości, ciągle ucieka albo ktoś ją ratuje - nie ma wpływu na nic, co dzieje się wokół, porwana wartkim nurtem wydarzeń. Nawet nie bardzo chciała być gwiazdą - jakoś tak wyszło, bo inni nalegali. Ot, kolejna ładna dziewczyna, kompletnie pozbawiona charakteru i charyzmy, dziwnym trafem uwielbiana przez tłumy, by następnie stać się przez nie znienawidzona. Pogoń za dziewczyną ma w sobie z kolei coś z masowej histerii. Ludzie, w obliczu zagłady ogarnięci żądzą mordu, popadli nie tyle w obłęd, co w przesądną wiarę w to, iż Remina jest osobą odpowiedzialną za armagedon. Rozpoczyna się iście średniowieczny pościg za kozłem ofiarnym, gdzie w ruch idą siekiery i widły, a fanatyczny motłoch pluje śliną i w imię ratowania Ziemi kieruje swój oskarżycielski palec w niewinną, "czarownicę" utożsamianą z grozą przybyłą z kosmosu - ze Złem. Przewodzą mu tajemnicze okapturzone indywidua, które zapewne miały kojarzyć się z inkwizycją. Wszystko dalej rozwija się jednak zbyt schematycznie, by było niegrzecznie. Przynajmniej mnie nie przekonały te pseudo-średniowieczne tortury i płonące stosy. Rozpięta na krzyżu Remina budzi mój uśmiech politowania i szczere pragnienie, by w końcu szlag ją trafił. Dla mangi tak by było na pewno lepiej.

Poza główną postacią w historii tej rażą też cudowne zbiegi okoliczności, nagminnie stosowane przez autora, oraz irracjonalne zachowania pozostałych bohaterów, pozbawione sensu i krztyny inteligencji. Przykład? Kto, u licha, ratuje się ucieczką z ginącej Ziemi, kierując się na tzw. planetę, która kataklizm ów spowodowała? Na dodatek uparcie negując fakt, iż nie jest to żadna planeta, a potwór-moloch, który wziął się nie wiadomo skąd, żywiąc się wszystkim, co napotka w kosmosie? Już taki szczegół jak to, iż owa planeta posiada oczy i gigantyczny język, oplatający księżyc i Ziemię, powinien dać ludziom co nieco do myślenia. Lecz nie! Oni lecą na Reminę, gdyż tam jest raj! Hurrra! Jest atmosfera do życia i w ogóle jest pięknie. A potem jeszcze dziwią się temu, co zastali... Najwyraźniej na kartach tego komiksu nie tylko polowania na czarownicę, ale też jakieś zaraźliwe odmóżdżenie się szerzy.

Sama zagłada naszej planety, której czytelnik jest świadkiem w drugiej połowie mangi, przypomina mi trochę wydarzenia z innego dzieła Junji’ego Ito, Uzumaki. Nie mam na myśli motywu spirali, ale pomysł z unoszeniem się, czy wręcz lataniem ludzi, wykorzystany przez Ito również i tutaj. Cała końcowa akcja z Reminy związana z utratą grawitacji kojarzy mi się z Gangiem Motyli i tornadami w Uzumaki. O ile jednak koncept ten w Spirali zwyczajnie mi się nie podobał, w Reminie nabrał on oblicza tak groteskowego, że śmiech się bać. Wątpię, by miałby to być efekt zamierzony.

Czytając Ito, odnoszę w ogóle wrażenie, że niektóre z jego historii są tylko mniej istotnym dodatkiem do obrazów grozy. Fabuła jest w nich jedynie pretekstem do zaprezentowania dziwnych i surrealnych tworów wyobraźni autora, jakby mangaka miał pomysł na ukazanie "monstrum" lub jakiejś sytuacji, ale na poprowadzenie samej opowieści - już nie. Remina jest tego ewidentnym przykładem. 


Wracając zaś do wydania:

Jeśli J.P.F ma zamiar kontynuować tego typu "gadżety" dołączane do pre-orderów, lepiej niech się więcej nie kompromituje i sobie odpuści. Zakładka, sprezentowana do przedpremierowego zamówienia Reminy zaskakuje nie tylko malutkim rozmiarem, ale przede wszystkim jednostronnym drukiem - po odwróceniu nie ma już żadnej grafiki, jedynie biała kartka. Może wszystkie zakładki od J.P.F. wyglądają podobnie, tego nie wiem, ja w każdym razie pierwszy raz widzę coś takiego. Nie wiem również, czy tylko mnie taki zaszczyt spotkał, czy to bardziej powszechne zjawisko, ale mój box na komiksy Ito w Mega Mandze tych komiksów nie mieści. Wszystko było w porządku, dopóki do kolekcji nie doszła Remina - w pudełku zabrakło może z pół centymetra, aby ją dołączyć. Box zatem swej funkcji nie spełnił. Jest też zbyt cienki, powinien być wykonany z grubszej dykty, a tak, w miarę używania, szybko zniszczeje. Tylustronicowe mangi wszak swoją tężyznę i masę posiadają. Inną sprawą jest umieszczona na nim grafika: jednym się podoba, innym nie. Mnie akurat ten wybór ilustracji nie przeszkadza, choć uważam, że "pajacyk" z Uzumaki byłby o niebo lepszy - taki pajacyk z pudełka, czyż nie?


Tak więc, podsumowując, gadżety te do najlepszych nie należą. Może tego typu prezenty sprawdzały się przy dotychczasowych głównych odbiorcach mang wydawnictwa (shounen), ale przy seinenach, gdzie czytelnik jest nie tylko dojrzalszy, ale i bardziej wymagający, to już lekka porażka. Z pewnością przedmioty te mają wartość kolekcjonerską - a już samo to dla niektórych jest wystarczającą zachętą do nabycia pre-orderu.





  

niedziela, 27 kwietnia 2014

Suehiro Maruo: Yume no Q-Saku

Surrealizm i pornografia

                                                     Sadyzm i oniryzm



Zbiór krótkich opowieści graficznych, balansujących na cienkim ostrzu erotyki i pornografii. Kwintesencja ero-guro. Bardziej sny, niż realne historie, niektóre dość oszczędne w fabułę, choć są i takie, które obrazują bardziej konkretną historię. Mocna rzecz. Śmiem uznać, że dla wielu zbyt mocna. Zdecydowanie o wiele bardziej obfituje w seks i przemoc niż The Laughing Vampire. Fantazje lubieżnego umysłu podane w poetyckiej formie; nasze wstydliwe potwory ukryte przed światem - pielęgnowane w ciemności, chłodne, ascetyczne i perwersyjne. Tu wszystkie dziewczęta są blade, a chłopcy piękni i smukli. Każdy posiada również jakiś defekt - dosłownie. Owszem, śliczna twarz skrywa niekiedy ohydne oblicze, lecz Maruo nie pozostawia owej "skazy" w sferze domysłów. Bohaterowie jego historii często są okaleczeni lub noszą znamiona choroby, jakby plugawy umysł nie tylko dominował nad ciałem, lecz również przez nie wyrastał... Czytając tę mangę trudno oprzeć się wrażeniu, iż jesteśmy widownią świetnie rozplanowanej inscenizacji szoku, teatru kabuki. Nawet najbardziej sugestywne sceny Yume no Q-Saku sprawiają wrażenie oderwanych od rzeczywistości. To, czy dajemy im się porwać lub nie, zależy wyłącznie od estetyki, ku której się skłaniamy.

DEE DEE DEE, THE TRAIN GOES
SCREECH...
WE ARE BLACK SUNLIGHT,
A VORTEX OF ANAL SWEAT 
IN THE SUCKLING SKY

Okładka francuskiego wydania Lézard Noir
Źródło: http://www.lezardnoir.com


Przykładowe plansze:

Wypadałoby na koniec rzec parę słów o autorze. 
Urodzony w roku 1956, Suehiro Maruo jest japońskim artystą - malarzem, ilustratorem, autorem undergroundowych mang, plakatów teatralnych i okładek albumów. Poruszając się w nurcie erotycznej groteski, Maruo tworzy obrazy graficznej przemocy i seksu. W kręgu wielu jego inspiracji znaleźć można zarówno muzan-e (zbiór krwawych drzeworytów z XIX wieku, przedstawiających sceny morderstw i tortur, opartych na wydarzeniach z historii i teatrze kabuki), jak i niemiecki ekspresjonizm, twórczość Bataille'a (Historia oka - echa tego opowiadania są wyraźnie obecne w Yume no Q-Saku), Bellmera czy Ranpo Edogawy (na podstawie jego powieści powstały takie mangi Maruo, jak Strange Tale of Panorama Island i The Caterpillar - Imo-Mushi). W jego pracach widać też wyraźną fascynację wszelkimi dziwactwami, deformacjami ludzkiego ciała i cyrkowymi freakami. Rzadko wydawany poza Japonią, zyskał na świecie status twórcy kultowego. Historie Maruo zwykle osadzone są w początkach japońskiej ery Shōwa (1926-1989) - podobnie rzecz się ma w przypadku Yume no Q-Saku.


"I WISH I'D BEEN BORN RETARDED, CRIPPLED...
BUT I'M NO GREGOR SAMSA... I'M NOT EVEN 
ASHITA-NO-JO! 
HOW I WISH I COULD WAKE UP ONE MORNING AS
A BEETLE..."