Gdzie byłam? Co robiłam? Czemu nie pisałam?
W ciągu minionych czterech lat skupiłam się głównie na moim drugim ukochanym hobby - ogrodnictwie. Tuż przed pandemią odziedziczyłam po ojcu spory ogród pod Przemyślem i głównie w nim realizowałam swoje pasje. Nie oznacza to jednak, że porzuciłam całkiem moje pozostałe zainteresowania, o nie. Pisałam książkę - wprawdzie tylko do szuflady, ale praca nad nią sprawiała mi ogromną frajdę i przyjemność. Kontynuowałam też kolekcjonowanie komiksów i książek, koncentrując się raczej na tych pierwszych. Stopniowo dojrzewa we mnie myśl, aby ograniczyć moje zbiory, gdyż... mieszkanie nie z gumy, nie powiększy się. Tak naprawdę miejsce na półkach skończyło się już dawno temu. Książki i komiksy piętrzą się na biblioteczce, komodzie, nawet na stole w salonie. Nie zalegają w stosach po kątach tylko dlatego, że mam koty i nie chciałabym, aby zwierzaki je uszkodziły. Większość mang trzymam w plastikowych pojemnikach pod łóżkiem - tam jeszcze jest miejsce, ale nie na długo...
Czy wciąż jest to kolekcjonowanie, czy już zbieractwo?
Staram się kontrolować, naprawdę. Co nie zmienia faktu, że potrafię kupić po kilka różnych wydań jednej pozycji tylko dlatego, że mi się podobają. W przypadku komiksów, jeśli nie mogę się zdecydować na jedno, zdarza mi się kupić wydanie w okładce regularnej i limitowanej. Dotyczy to zwłaszcza komiksów od Studia Lain, które, jak każdy zbieracz komiksów wie, wyprzedają się na pniu już w dniu premiery preordera (komiksy od Studia Lain to w ogóle temat, któremu poświęcę osobny post).
Nie jest tajemnicą, że na ogół nie czytam zakupionych przez siebie książek. W zasadzie jest tak od początku mojego kolekcjonowania, nie kryję się z tym. Myślę, że dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, często kupuję książki, które już czytałam. Dzięki temu wiem, że są dobre i dlatego chcę je mieć w swoich zbiorach. Po drugie, odkąd choruję na depresję, mam spore problemy z koncentracją, dlatego trudno mi się skupić na czytanym tekście. Stąd, jeśli już czytam, idzie mi to wolno i opornie. Zdarza mi się czytać jedno zdanie czy akapit po kilka razy, zanim w pełni dotrze do mnie ich treść. Po trzecie, kolekcjonowanie książek wcale nie musi oznaczać ich czytania.
Ostatnio natrafiłam na instagramowym koncie codziennienoweslowo na termin "kupowanie książek". Jego znaczenie zostało tam humorystycznie wyjaśnione jako "hobby zupełnie niezwiązane z ich czytaniem". Rozbawiło mnie to, ale dało też do myślenia. Książka, w najbardziej podstawowym znaczeniu, jest w końcu przedmiotem. Jak każdy inny przedmiot może być ładna lub brzydka, zaprojektowana ze smakiem lub nie. Większość ludzi kupuje książki dla ich zawartości, treści, ale nieliczni, w tym ja, kupują je również dla ich projektu graficznego, lub, jak kto woli - okładki. Dobrze jest, jeśli treść książki koresponduje z jej wyglądem. Takich pozycji najbardziej pożądam. To, że ich po zakupie nie czytam, nie oznacza, że nie chcę tego zrobić w przyszłości. Inaczej bym ich nie kupiła, prosta sprawa. A nie czytam ich z powodów, które opisałam powyżej.
To, co robię, idealnie wpisuje się w definicję tsundoku. Ten japoński termin pochodzący z końca XIX wieku oznacza nawyk kupowania lub gromadzenia książek, które następnie piętrzą się w domu nieprzeczytane. Nie ma znaczenia pejoratywnego, oznacza bowiem chęć poszerzenia wiedzy i miłość do literatury. Sam Umberto Eco, który posiadał w swoich zbiorach 50 000 książek (wg innych źródeł było to 30 000 książek), nie uważał za nic zdrożnego faktu, że większości z nich nie przeczytał.
Powiedział:
"Głupotą jest myśleć, że trzeba przeczytać wszystkie książki, które się kupuje, tak samo jak głupotą jest krytykować tych, którzy kupują więcej książek, niż kiedykolwiek będą w stanie przeczytać. To tak, jakby mówić, że trzeba używać wszystkich sztućców, szklanek, śrubokrętów czy wierteł, które się kupiło, zanim kupi się nowe. Są takie rzeczy w życiu, których trzeba mieć zawsze mnóstwo zapasów, nawet jeśli użyjemy tylko małej części. Jeśli np. książki uważamy za lekarstwo, rozumiemy, że dobrze jest mieć ich wiele w swoim domu, a nie tylko kilka: kiedy chcesz poczuć się lepiej, to idziesz do “domowej apteczki” i wybierasz książkę. Nie przypadkową ale odpowiednią na ten moment. Dlatego zawsze warto mieć wybór stosowanego preparatu. Poza tym kto kupuje tylko jedną książkę, przeczyta tylko tę, a potem się jej pozbywa. Po prostu działa według logiki konsumenta, który uważa książkę za produkt. Ci, którzy książki kochają wiedzą, że książka nie jest towarem."
Cytat ten jest ostatnimi czasy dość popularny, natrafiałam na niego wielokrotnie na różnych stronach i forach internetowych. Początkowo był dla mnie zaskakujący - jak to tak, Eco nie przeczytał całej swojej biblioteki? Natychmiast poczułam się w pełni rozgrzeszona ze swej opieszałości.
Spotkałam się również z terminem antybiblioteki. Według Nicolasa Taleba, autora Czarnego łabędzia, prywatna biblioteka nie jest zwykłym dodatkiem podnoszącym ego, ale narzędziem badawczym. Czyli - im większa jest nasza wiedza, tym więcej czeka nas książek do przeczytania. Właśnie te książki Taleb nazywa antybiblioteką. Poznajemy jedno zagadnienie, które natychmiast prowadzi nas do trzech kolejnych, a te do dziewięciu następnych. Im bardziej zagłębiamy się w problem, tym więcej ich przed nami się piętrzy. Posiadanie dużej ilości książek można postrzegać jako swego rodzaju intelektualne wyzwanie, ale i zaplecze wiedzy, której nie musimy zgłębiać, ale po którą zawsze, w razie potrzeby, możemy sięgnąć.
Jeśli chodzi o kolekcjonowanie - o moje tsundoku - tak samo mam z komiksami. Choć, przyznaję, mocno ograniczyłam już tematykę, którą kupuję. Prawie zrezygnowałam z komiksu superbohaterskiego. Zaczęłam nawet go wyprzedawać. W zbiorach pozostało mi nadal dużo Batmana i trochę X-Menów. Plus jakieś pojedyncze pozycje z Lobo czy Spider-Manem. Mam całego Hellboya Minoli, bo go lubię i trochę BBPO (na całość brakuje już miejsca), komiksy brytyjskie i frankofońskie. I tu, jak w przypadku książek, staram się dobrać kupowane tytuły w taki sposób, żeby fabuła komiksu stała na równie wysokim poziomie, co jego strona graficzna. Nie przeczytałabym komiksu, który jest szpetnie narysowany. Strona fabularna niby ma iść u mnie z tym w parze, ale prawda jest taka, że po brzydki komiks nawet bym nie sięgnęła. Patrzę oczami i pierwsze, co widzę, to rysunki. Dopiero potem zaczynam czytać.
W ciągu minionego roku z komiksów przerzuciłam się bardziej na mangi. Są one mniej pruderyjne niż komiks zachodni, a i japońskie poczucie humoru bardziej do mnie przemawia. Szczególnie wciągnął mnie cykl Kaori Yuki Angel Sanctuary. Zebrałam już całość Berserka, Piekielnego raju i Dragon Head. Wszystkie tomy Dobranoc, Punpunie udało mi się kupić w twardej oprawie. Kupuję mangi Inio Asano i Tanabe Gou, jestem w trakcie kompletowania cykli Dororo i Hyakkimaru, Dorohedoro, Chainsaw Man i #DRCL Midnight Children. I kilku innych.
Mąż twierdzi, że to zbieractwo.
To powinno się leczyć. A może nie? Zdecydowanie na tę przypadłość lubię chorować.
________________________________