Translate

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Studio Lain

No i przyszło lato. Z przytupem, można powiedzieć. Termometr dziś wskazuje na dworze 39°C w cieniu. W mieszkaniu - 30°C. "Tylko" 30. Owinięta mokrym ręcznikiem, przy włączonym wentylatorze siedzę przed komputerem i patrzę po półkach z książkami. A raczej z komiksami.

W takim upale trudno cokolwiek napisać, zebrać myśli. Ciśnie mnie jednak, by opisać wydawnictwo, które ostatnimi czasy nieźle poruszyło polską sceną komiksową. Mowa tu mianowicie o wydawnictwie Studio Lain.  

Zacznijmy może od historii.

Jego początki były skromne, bo zaczynało od publikowania magazynu Arigato poświęconemu anime i mandze. Potem, kiedy kwartalnik ten został ciepło przyjęty przez czytelników, w głowie jego szefa, Arka Dzierżawskiego, narodził się pomysł, aby zacząć wydawać komiksy brytyjskie od 2000 AD, których wtedy brakowało na polskim rynku. I tak się zaczęło. Pierwszym komiksem opublikowanym przez Studio Lain był A.B.C. Warriors Czarna dziura. Komiks ten ukazał się w 2014 roku, a jego nakład wynosił jedynie 500 egzemplarzy. Następny był Absalom (tom 1), Ballada o Halo Jones i Stickleback - wszystkie czarno-białe, bo, jak tłumaczy A. Dzierżawski, ich produkcja wychodziła taniej. Komiksy te ukazywały się z częstotliwością dwóch tytułów rocznie. 

W 2016 roku wydawnictwo zaczęło publikować Slaine'a i Sędziego Dredda. To właśnie ta niszowa pozycja - Heavy Metal Dredd - była pierwszym kolorowym komiksem od Studia Lain. Od tego momentu nabrało ono nieco rozpędu, który się zwiększał z każdym kolejnym rokiem. W 2018 liczba opublikowanych przez niego (tylko w tym jednym roku) tytułów wynosiła już 11 pozycji. W jego ofercie zaczęły pojawiać się komiksy frankofońskie, które sprzedawały się trochę lepiej niż brytyjskie. Pojawiły się też pierwsze okładki limitowane, z których wydawnictwo słynie. 

Pozycje te zostały przyjęte na polskim rynku komiksowym na tyle dobrze, że pozwoliło to wydawnictwu na dalszy rozwój. Do dzisiaj komiksy od Studio Lain cechuje stosunkowo niski nakład 800 sztuk, co wynika z bezpiecznego i asekuracyjnego modelu jego działalności. Niski nakład to szybka sprzedaż i brak zalegającego na półkach towaru. Brak finansowego ryzyka. 

Obecnie wielu kupujących narzeka, że tytuły Studia Lain wyprzedają się tak szybko i są na ogół niedostępne na rynku. Że wydawnictwo nie robi dodruków wyczerpanych nakładów. Brak dodruków wynika właśnie z asekuranckiej polityki firmy - aby tytuł był opłacalny, trzeba by wydać go około 500 sztuk, co wiąże się z ryzykiem pozostania z, dajmy na to, kilkuset egzemplarzami komiksów, których w sumie nie ma gdzie przechowywać... 

Taak, Studio Lain nie posiada magazynu, co zresztą nie jest tajemnicą. 

Przełomem dla wydawnictwa był koniec roku 2022 i Button Man. Cyngiel. To, co się wtedy wydarzyło, przejdzie chyba do historii komiksu polskiego. Po raz pierwszy miała bowiem miejsce sytuacja, kiedy tytuł od Studia Lain wyprzedał się w błyskawicznym tempie po premierze. Sam wydawca przyznaje, że tytuł ten "zmienił wszystko" dla jego oficyny i "pociągnął za sobą kolejne tytuły typu Catamount, Zaklinaczy opali czy Aberzen".

Kolejnym wielkim sukcesem wydawnictwa był komiks Darkness. Tytuł ten, przy cenie 400 zł za dwutomowy pakiet, wyprzedał się w ciągu 24 h od premiery.

Vae Victis! wyprzedał się po 9 h...  

Widząc, jaką popularnością cieszą się publikacje od Studia Lain, do gry wkroczyli scalperzy, wykupując po kilka egzemplarzy danego tytułu, głównie okładek limitowanych, bo ich nakład jest najmniejszy i schodzą najlepiej. Potem komiksy te pojawiają się na różnych internetowych aukcjach z ceną zwykle dwukrotnie wyższą od ceny regularnej. A kolekcjoner kupuje. Mnie też zdarzało się kupować. Cóż, trzeba grać według obowiązujących zasad, a te mówią: spóźniłeś się, płacisz dwukrotnie.

Sposób dystrybucji komiksów od Studia Lain to w ogóle osobny temat. Rozumiem, że dopóki jest popyt, jest podaż, ale praktyki stosowane przez to wydawnictwo jasno dają do zrozumienia, że jego pozycje są stricte kolekcjonerskie, nie dla masowego konsumenta. Świadczy o tym chociażby mocno ograniczona dostępność komiksów od SL w internetowych sklepach, a także niskie nakłady, co jest tłumaczone przez szefa wydawnictwa tym, że nie ma na nie magazynu, a opublikowane komiksy przechowuje we... własnej piwnicy. Nie znajdziesz ich w Empiku, Taniej Książce czy w Matrasie. Ba, zwykle nie znajdziesz ich nawet na Allegro, chyba że z drugiej ręki. Informacje o pojawieniu się jakiejś pozycji w sprzedaży pojawiają się z wyprzedzeniem na facebookowym koncie wydawnictwa od samego A. Dzierżawskiego lub na forum Komikspec w temacie "Studio Lain" w dziale ogólnym. Dodam, że są to preordery, czyli do sprzedaży trafiają komiksy jeszcze przed ich wydrukowaniem, zwykle około miesiąc przed premierą. W dniu premiery są one dawno wyprzedane. 

Tak, wiem, że dla każdego komiksiarza prawię tu oczywiste oczywistości, ale może trafi tu ktoś, kto jeszcze o tym nie wie.

Komiksy w okładkach limitowanych sprzedawane są tylko na Gildii. Pozostałe sklepy, które oferują tytuły od Studia Lain to Komiksiarnia i SmakLiter, ale kupić u nich możemy jedynie okładki regularne. 

Kiedy myślę o tym teraz, odnoszę wrażenie, że cały ten boom na Studio Lain rozpoczął się dokładnie od Darkness, a Button Man był jego zapowiedzią. Ludzie spostrzegli, że komiksy te mają swoją wartość rynkową i szybko, niemal natychmiast, ją podwajają. Stały się zatem nie tylko dobrą lekturą, ale i dobrą inwestycją. Moment, kiedy wydawnictwo zaczęło publikować sztandarowe pozycje ze stajni Top Cow i Image zmienił oblicze oficyny i jej target. Ale tylko częściowo. Obok tytułów z uniwersum Spawna i z Top Cow (którego grupą docelową są fani TM-Semic, nieważne czy kierowani nostalgią, czy po prostu zainteresowaniem latami 90.) pojawiają się tytuły takich tuzów europejskiego komiksu, jak Caza, Moebius, Pat Mills, Alan Grant, Jean Dufaux czy Druillet. I komiksy te, obok amerykańskiego mainstreamu, sprzedają się równie dobrze. Sama byłam świadkiem, jak jakaś pozycja pojawiała się na Gildii, dajmy na to we wtorek o 12:00, i godzinę potem była już wyprzedana - oczywiście jeśli to była któraś z okładek limitowanych, najlepiej z wypiętą dupą lub cyckami, bo te sprzedają się najlepiej.

Jeśli chodzi o Studio Lain i ja dałam się ponieść temu całemu hype'owi, który towarzyszy mu od ubiegłego roku i całkiem popłynęłam. Zwłaszcza z serią o Spawnie, której początkowo wcale nie zamierzałam kupować (Spawna znałam tylko z beznadziejnego filmu z 1997 roku). Innym tytułom z Top Cow i Image nie uległam aż tak bardzo. Posiadam w mojej kolekcji "jedynie" Stone'a i Vanisha

Czy i ja kupuję okładki limitowane? Jasne, że tak. Jestem w końcu kolekcjonerką, a który kolekcjoner by się oparł takiej pokusie. Ale nie jest tak, że kupuję tylko limitki - bo są potem więcej warte. Jeśli okładka regularna podoba mi się bardziej niż którakolwiek z limitowanych, to właśnie na jej zakup się decyduję. Taka sytuacja miała miejsce np. przy zakupie A.B.C. Warriors - Wojna wołżańska i Powroty. Kupiłam wpierw wydanie w wersji limitowanej B, ale potem je zwróciłam, bo stwierdziłam, że jednak wolę okładki regularne (ktoś powie: problemy pierwszego świata, taak... ). Czasem, jeśli nie mogę się zdecydować, kupuję dwa warianty - jeśli nie rujnuje to akurat mojego portfela. Ale tak, przyznaję się, stawiam głównie na wydania w wersjach limitowanych. Nawet jeśli się spóźnię, lubię potem buszować po Internetach i szukać wariantu, który mnie interesuje.

Czy udało mi się kiedyś zarobić na Studiu Lain? A owszem, parę razy. Sprzedałam np. z dużym zyskiem Button Mana w wersji okładkowej B, pierwszy tom Bezprawia (okładka limitowana) i Yragaël - Urm Szalony (limitka A). Pewnie, gdybym pogrzebała trochę na półkach, znalazłoby się na sprzedaż coś jeszcze. 

Spóźniłam się z zakupem CE Roosevelta i raczej nie widzę szansy na zakup tej pozycji. Z prostej przyczyny - nie stać mnie. Z kolei za Arché • Lailah Cazy przepłaciłam i to sromotnie. Tak więc i mnie się zdarzają wtopy, nie powiem. Ale mam też kilka perełek i unikatów, które ostrożnie przechowuję za szkłem mojej biblioteczki. Większość to pozycje o wyczerpanym nakładzie. 

Myślę, że na koniec należy wspomnieć o istotnym zjawisku, który wiąże się z komiksami Studia Lain, a mianowicie o efekcie FOMO (ang. Fear of Missing Out). Napędzany przez wydawcę niejako wymusza na kolekcjonerach natychmiastowy zakup. Sama jestem ofiarą FOMO. Odkąd zaczęłam częściej nabywać komiksy Studia Lain, pozycje od innych wydawnictw leżą  w mojej przechowalni miesiącami, a nawet latami. A kupuję je częściej, bo... No właśnie, bo boję się, że się wyprzedadzą, zanim zdążę je kupić. Na komiksy i książki mam ograniczony miesięczny budżet, a z racji presji czasu i niskich nakładów pozycje Studia Lain są u mnie zawsze priorytetowe. Nawet jeśli nie jestem do końca przekonana, czy chcę je mieć. Po prostu muszę je szybko zakupić, zanim znikną z rynku. Smutne to i gdy o tym myślę, budzi mój wewnętrzny sprzeciw. 

Na dzień dzisiejszy w mojej przechowalni na Gildii znajduje się 68 pozycji. Wśród nich nie ma ani jednej od Studia Lain. Jest za to dużo od Egmontu, trochę od Scream Comics i Lost in Time, kilka książek i mang. Nic, co muszę kupić natychmiast, bo wiem, że tytuły te będą jeszcze długo dostępne. Wstyd się przyznać, ale rezygnuję z komiksów od innych wydawnictw, które bardziej chciałabym przeczytać i mieć, niż taki, dajmy na to, Spawn: Wieki ciemne

W skład mojej kolekcji Studia Lain wchodzą:

  • A.B.C. Warriors. Czarna dziura, wydanie I i II
  • Slaine - Król, wydanie I
  • Sędzia Dredd - Tytan
  • Sędzia Dredd - Mandroid
  • Slaine - Zabójca czasu
  • Mroczni Sędziowie. Upadek martwego świata: Księga 1, okładka limitowana
  • Sędzia Anderson: Odział - PSI / Szambala
  • Boże Działo
  • A.B.C. Warriors - Wojna volgańska, tom 1
  • Slaine - Zabójca demonów
  • Sędzia Dredd - Krew Satanusa / Dziesiąty krąg, okładka limitowana
  • Sędzia Anderson: Oddział - PSI / Powrót do Szambali, okładka limitowana B
  • Zaya, okładka limitowana
  • Yiu, tom 1, okładka limitowana
  • Yiu, tom 2
  • Mroczni Sędziowie. Upadek martwego świata: Księga 2
  • Slaine - Kroniki Brutanii, tom 1, okładka regularna i limitowana A
  • Slaine - Kroniki Brutanii, tom 2, okładka limitowana A
  • Korriganie
  • Saria
  • Pan Wtorek Popielcowy
  • Slaine - Władca nieprawości, okładka limitowana A
  • Ziarno szaleństwa, okładka regularna i limitowana A
  • Slaine - Pogromca smoków, okładka limitowana B
  • Opowieści z Telguuth
  • Arché • Lailah, okładka A
  • Armie zdobywcy (wersja kolorowa)
  • Stone
  • Yragaël - Urm Szalony
  • Gunslinger Spawn, tom 1 i 2, okładki limitowane B
  • Morgana, okładka regularna i limitowana B
  • Hellspawn
  • Tablica Wenus, okładka limitowana A
  • King Spawn, tom 1 i 2, okładki limitowane B
  • A.B.C. Warriors, tom 1 - Wojna wołżańska
  • A.B.C. Warriors, tom 2 - Powroty
  • Spawn - Wieki ciemne, okładka limitowana B
  • Vanish, okładka limitowana A
  • Miraże rozszerzonej nadrzeczywistości, okładka limitowana A
  • Tułacz (Drifter), okładka limitowana B


______________________________




czwartek, 25 czerwca 2026

Dwa wampiry

 "W krainie nieskończoności,
Stoję na rogu rozpadającego się świata,
Chcę tylko zniknąć."



Zaczęłam wierszem z albumu Vampire's Box Takato Yamamoto, gdyż doskonale wpisuje się on w tematykę dzisiejszego posta. Od dawna nosiłam się z zamiarem przedstawienia w moim blogu dwóch pozycji niezwykle dla mnie ważnych, a traktujących o wampiryzmie. Pierwsza z nich to książka, na którą polowałam od dawna, by w końcu, niespełna cztery lata temu, ją zdobyć. Mowa tu mianowicie o swoistej biografii autorstwa prof. Marii Janion, Wampir. Biografia symboliczna. Książka ta ukazała się po raz pierwszy w 2002 roku nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria i szybko zyskała miano pozycji kultowej. Przez długi czas była dostępna jedynie w co lepszych bibliotekach, czytelniach lub z drugiej ręki za niebotyczne pieniądze. W 2023 roku wydawnictwo postanowiło Wampira wznowić, dzięki czemu na powrót stał się on szeroko dostępny na księgarskich półkach. Mnie wpierw udało się kupić jego drugie wydanie z 2008 roku, a następnie wydanie trzecie, ostatnie. 


Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_porównanie dwóch wydań_okładki 01
Tekstu Marii Janion chyba przedstawiać nie trzeba. Jest to jedna z tych pozycji, którą każdy wielbiciel wampiryzmu jeśli nie posiadać, to przynajmniej przeczytać powinien. Książka ukazuje mit wampira nie tylko w literaturze, ale i w całej kulturze europejskiej XIX i XX wieku, analizuje jego fenomen kulturowy i literacki. Przedstawia, jak oddziaływał on na naszą (czyt. ludzką) wyobraźnię, sztukę, seksualność i lęk przed śmiercią.
Książka podzielona jest na dwie części. Pierwsza, zatytułowana Wampiriada, ukazuje drogę, jaką wampir przeszedł od wierzeń ludowych, przez literaturę piękną i naukową po współczesny nam film. A był to, sądząc po wpływie, jaki wywarł na różne aspekty naszego życia, pochód triumfalny. Druga część, Wampir od Goethego i Byrona do Topora i Sapkowskiego, zawiera całe utwory literatury wampirycznej lub ich fragmenty. Miejsce tu znalazły m.in. Narzeczona z Koryntu Goethego, Wampir Polidoriego, Panna młoda z krainy snów Gautiera i Carmilla Le Fanu. We fragmentach natomiast możemy przeczytać m.in. Wija Gogola, Draculę Stokera, Biesiadę widm Dumasa, Dolinę Issy Miłosza i rozmowę z wampirem z Chrztu ognia Sapkowskiego. 

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_okładka

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_porównanie dwóch wydań_grzbiety okładek

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 01

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 02

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 03

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 04

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 05

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 06

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 07

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 08

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 09

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 10

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 11

Maria Janion_Wampir. Biografia symboliczna_ 12


Książka ta jest dla mnie niezmiernie ważna właśnie z powodu ukazania ewolucji mitu wampira od wierzeń ludowych po popkulturę. Korzenie wampiryzmu, jego symbolika, a nawet estetyka od zawsze stanowiły jeden z głównych przedmiotów moich zainteresowań. "Od zawsze", tzn. odkąd w wieku dwunastu lat obejrzałam Draculę F. F. Coppoli. W każdym razie nie spotkałam się jeszcze z inną, równie wyczerpującą ten temat pozycją na polskim rynku wydawniczym.  

Według wydawcy książka prof. Janion rozpoczynała cykl Romantyczne okolice śmierci, w którego skład miały wejść m.in. takie tytuły jak Mordercy, Samobójcy, Duchy i Cmentarze, jednak projekt ten nie doszedł do skutku i wspomniana seria wydawnicza zamknęła się na tej jednej pozycji.
Za jej projekt graficzny i typograficzny odpowiada prof. Stanisław Rosiek (pod pseudonimem Stanisław Salij).
Warto wspomnieć również, że trzecie wydanie Wampira. Biografii symbolicznej nieznacznie różni się od dwóch poprzednich. W porównaniu z wcześniejszymi wydaniami to z 2023 roku ma pomniejszony format i większą liczbę stron (mój egzemplarz z 2008 roku posiada 567 numerowane strony, podczas gdy nowszy ma ich już 627). Co za tym idzie, nowe wydanie odróżnia się nieco innym projektem okładki i składem typograficznym, co wpłynęło na zmienioną numerację stron i układ. Zawiera też indeks osób, którego brakowało w poprzednich wydaniach. Podsumowując, pod względem merytorycznym niczym się ono nie różni od tego 2008 i 2002 roku, zmianom uległy jedynie format i szata graficzna. 


Drugą wampiryczną pozycją, którą chciałabym zaprezentować, jest Vampire's Box, album autorstwa Takato Yamamoto wydany w Japonii w 2022 roku przez Geijutsu Shinbunsha. To na pierwszy rzut oka całkiem mały artbook w formacie iście kieszonkowym, bo o wymiarach 15 cm x 15 cm. Album ten jest zbiorem prac autora wydanych pierwotnie we wcześniejszych artbookach, które, jak łatwo się domyślić, łączy tematyka przedstawionego w nich wampiryzmu. Towarzyszą im krótkie utwory poetyckie w języku japońskim i angielskim. Z racji zawartej w nim nagości, treści erotycznych i przemocy jest to pozycja skierowana do dorosłego czytelnika. 
Tym razem naprzeciw eseju prof. Janion, zamkniętemu w ramach kultury europejskiej, postawiłam album zawierający wizerunki wampira w japońskiej sztuce estetyzmu Heisei. Wybór ten nie był przypadkowy, gdyż twórca Vampire's Box, Takato Yamamoto, jest postacią szczególnie bliską memu sercu. O tworzonym przez niego estetyzmie Heisei pisałam szerzej na innym moim blogu, atop the electric pole (tekst ten znajdziecie tutaj). Termin "estetyzm Heisei" ukuł sam Yamamoto i odnosi się on do tworzonych przez niego prac. Charakteryzuje je unikalne połączenie erotyki, makabry i estetyki gotyckiej, co doskonale wpisuje się w styl ero-guro. 
Tematyka jego dzieł jest pełna kontrastów. Ukazuje piękno splecione z brzydotą, niewinność z perwersją, przyjemność z cierpieniem - Erosa w namiętnym uścisku z Tanatosem. 

Autor napisał w posłowiu:

"Chcę doświadczyć spotkania z „tym”, poczuć zdumienie i dreszcz, gdy ponownie spotkam się z jego istnieniem, które w najmniejszym stopniu nie zmieniło się na przestrzeni dziejów."


Artbook ten jest pierwszym zbiorem prac Takato Yamamoto w mojej kolekcji i zarazem pierwszym moim zakupem dokonanym w Japonii. Oby nie ostatnim.


Takato Yamamoto_Vampire's Box_01_okładka_cover

Takato Yamamoto_Vampire's Box_02_okładka_cover

Takato Yamamoto_Vampire's Box_03

Takato Yamamoto_Vampire's Box_04

Takato Yamamoto_Vampire's Box_05

Takato Yamamoto_Vampire's Box_06

Takato Yamamoto_Vampire's Box_10

Takato Yamamoto_Vampire's Box_07

Takato Yamamoto_Vampire's Box_08

Takato Yamamoto_Vampire's Box_09

Takato Yamamoto_Vampire's Box_01

Takato Yamamoto_Vampire's Box_02





Maria Janion Wampir. Biografia symboliczna
Projekt graficzny i typograficzny: Stanisław Salij
Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria
Rok wydania: 2008, 2023
Oprawa: twarda
Liczba stron: 567 (2008 r.), 627 (2023 r.)



Takato Yamamoto Vampire's Box
Wydawnictwo: Geijutsu Shinbunsha
Rok wydania: 2022
Oprawa: miękka z obwolutą
Liczba stron: 223



____________________________________


 



 

środa, 24 czerwca 2026

Gdzie byłam, jak mnie nie było

Gdzie byłam? Co robiłam? Czemu nie pisałam?  

W ciągu minionych czterech lat skupiłam się głównie na moim drugim ukochanym hobby - ogrodnictwie. Tuż przed pandemią odziedziczyłam po ojcu spory ogród pod Przemyślem i głównie w nim realizowałam swoje pasje. Nie oznacza to jednak, że porzuciłam całkiem moje pozostałe zainteresowania, o nie. Pisałam książkę - wprawdzie tylko do szuflady, ale praca nad nią sprawiała mi ogromną frajdę i przyjemność. Kontynuowałam też kolekcjonowanie komiksów i książek, koncentrując się raczej na tych pierwszych. Stopniowo dojrzewa we mnie myśl, aby ograniczyć moje zbiory, gdyż... mieszkanie nie z gumy, nie powiększy się. Tak naprawdę miejsce na półkach skończyło się już dawno temu. Książki i komiksy piętrzą się na biblioteczce, komodzie, nawet na stole w salonie. Nie zalegają w stosach po kątach tylko dlatego, że mam koty i nie chciałabym, aby zwierzaki je uszkodziły. Większość mang trzymam w plastikowych pojemnikach pod łóżkiem - tam jeszcze jest miejsce, ale nie na długo...

Czy wciąż jest to kolekcjonowanie, czy już zbieractwo?

Staram się kontrolować, naprawdę. Co nie zmienia faktu, że potrafię kupić po kilka różnych wydań jednej pozycji tylko dlatego, że mi się podobają. W przypadku komiksów, jeśli nie mogę się zdecydować na jedno, zdarza mi się kupić wydanie w okładce regularnej i limitowanej. Dotyczy to zwłaszcza komiksów od Studia Lain, które, jak każdy zbieracz komiksów wie, wyprzedają się na pniu już w dniu premiery preordera (komiksy od Studia Lain to w ogóle temat, któremu poświęcę osobny post).

Nie jest tajemnicą, że na ogół nie czytam zakupionych przez siebie książek. W zasadzie jest tak od początku mojego kolekcjonowania, nie kryję się z tym. Myślę, że dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, często kupuję książki, które już czytałam. Dzięki temu wiem, że są dobre i dlatego chcę je mieć w swoich zbiorach. Po drugie, odkąd choruję na depresję, mam spore problemy z koncentracją, dlatego trudno mi się skupić na czytanym tekście. Stąd, jeśli już czytam, idzie mi to wolno i opornie. Zdarza mi się czytać jedno zdanie czy akapit po kilka razy, zanim w pełni dotrze do mnie ich treść. Po trzecie, kolekcjonowanie książek wcale nie musi oznaczać ich czytania. 

Ostatnio natrafiłam na instagramowym koncie codziennienoweslowo na termin "kupowanie książek". Jego znaczenie zostało tam humorystycznie wyjaśnione jako "hobby zupełnie niezwiązane z ich czytaniem". Rozbawiło mnie to, ale dało też do myślenia. Książka, w najbardziej podstawowym znaczeniu, jest w końcu przedmiotem. Jak każdy inny przedmiot może być ładna lub brzydka, zaprojektowana ze smakiem lub nie. Większość ludzi kupuje książki dla ich zawartości, treści, ale nieliczni, w tym ja, kupują je również dla ich projektu graficznego, lub, jak kto woli - okładki. Dobrze jest, jeśli treść książki koresponduje z jej wyglądem. Takich pozycji najbardziej pożądam. To, że ich po zakupie nie czytam, nie oznacza, że nie chcę tego zrobić w przyszłości. Inaczej bym ich nie kupiła, prosta sprawa. A nie czytam ich z powodów, które opisałam powyżej.

To, co robię, idealnie wpisuje się w definicję tsundoku. Ten japoński termin pochodzący z końca XIX wieku oznacza nawyk kupowania lub gromadzenia książek, które następnie piętrzą się w domu nieprzeczytane. Nie ma znaczenia pejoratywnego, oznacza bowiem chęć poszerzenia wiedzy i miłość do literatury. Sam Umberto Eco, który posiadał w swoich zbiorach 50 000 książek (wg innych źródeł było to 30 000 książek), nie uważał za nic zdrożnego faktu, że większości z nich nie przeczytał. 

Powiedział:

"Głupotą jest myśleć, że trzeba przeczytać wszystkie książki, które się kupuje, tak samo jak głupotą jest krytykować tych, którzy kupują więcej książek, niż kiedykolwiek będą w stanie przeczytać. To tak, jakby mówić, że trzeba używać wszystkich sztućców, szklanek, śrubokrętów czy wierteł, które się kupiło, zanim kupi się nowe. Są takie rzeczy w życiu, których trzeba mieć zawsze mnóstwo zapasów, nawet jeśli użyjemy tylko małej części. Jeśli np. książki uważamy za lekarstwo, rozumiemy, że dobrze jest mieć ich wiele w swoim domu, a nie tylko kilka: kiedy chcesz poczuć się lepiej, to idziesz do “domowej apteczki” i wybierasz książkę. Nie przypadkową ale odpowiednią na ten moment. Dlatego zawsze warto mieć wybór stosowanego preparatu. Poza tym kto kupuje tylko jedną książkę, przeczyta tylko tę, a potem się jej pozbywa. Po prostu działa według logiki konsumenta, który uważa książkę za produkt. Ci, którzy książki kochają wiedzą, że książka nie jest towarem."

Cytat ten jest ostatnimi czasy dość popularny, natrafiałam na niego wielokrotnie na różnych stronach i forach internetowych. Początkowo był dla mnie zaskakujący - jak to tak, Eco nie przeczytał całej swojej biblioteki? Natychmiast poczułam się w pełni rozgrzeszona ze swej opieszałości.

Spotkałam się również z terminem antybiblioteki. Według Nicolasa Taleba, autora Czarnego łabędzia, prywatna biblioteka nie jest zwykłym dodatkiem podnoszącym ego, ale narzędziem badawczym. Czyli - im większa jest nasza wiedza, tym więcej czeka nas książek do przeczytania. Właśnie te książki Taleb nazywa antybiblioteką. Poznajemy jedno zagadnienie, które natychmiast prowadzi nas do trzech kolejnych, a te do dziewięciu następnych. Im bardziej zagłębiamy się w problem, tym więcej ich przed nami się piętrzy. Posiadanie dużej ilości książek można postrzegać jako swego rodzaju intelektualne wyzwanie, ale i zaplecze wiedzy, której nie musimy zgłębiać, ale po którą zawsze, w razie potrzeby, możemy sięgnąć.

Jeśli chodzi o kolekcjonowanie - o moje tsundoku - tak samo mam z komiksami. Choć, przyznaję, mocno ograniczyłam już tematykę, którą kupuję. Prawie zrezygnowałam z komiksu superbohaterskiego. Zaczęłam nawet go wyprzedawać. W zbiorach pozostało mi nadal dużo Batmana i trochę X-Menów. Plus jakieś pojedyncze pozycje z Lobo czy Spider-Manem. Mam całego Hellboya Minoli, bo go lubię i trochę BBPO (na całość brakuje już miejsca), komiksy brytyjskie i frankofońskie. I tu, jak w przypadku książek, staram się dobrać kupowane tytuły w taki sposób, żeby fabuła komiksu stała na równie wysokim poziomie, co jego strona graficzna. Nie przeczytałabym komiksu, który jest szpetnie narysowany. Strona fabularna niby ma iść u mnie z tym w parze, ale prawda jest taka, że po brzydki komiks nawet bym nie sięgnęła. Patrzę oczami i pierwsze, co widzę, to rysunki. Dopiero potem zaczynam czytać. 

W ciągu minionego roku z komiksów przerzuciłam się bardziej na mangi. Są one mniej pruderyjne niż komiks zachodni, a i japońskie poczucie humoru bardziej do mnie przemawia. Szczególnie wciągnął mnie cykl Kaori Yuki Angel Sanctuary. Zebrałam już całość Berserka, Piekielnego raju i Dragon Head.  Wszystkie tomy Dobranoc, Punpunie udało mi się kupić w twardej oprawie. Kupuję mangi Inio Asano i Tanabe Gou, jestem w trakcie kompletowania cykli Dororo i Hyakkimaru, Dorohedoro, Chainsaw Man i #DRCL Midnight Children. I kilku innych.

Mąż twierdzi, że to zbieractwo.

To powinno się leczyć. A może nie? Zdecydowanie na tę przypadłość lubię chorować.


________________________________







piątek, 19 czerwca 2026

Rozkmin na temat Maruo ciąg dalszy

Od ostatniego mojego postu minęły już cztery lata, a myśli wciąż zaprząta mi natarczywe pytanie: czy jest szansa, że Suehiro Maruo zostanie wydany w Polsce? 

Z tym pytaniem zwróciłam się w końcu do Chata GPT... A wszystko przez Amazon, bo znalazłam tam w ofercie całkiem niezłą kolekcję Maruo. Oczywiście głównie w języku francuski, włoskim, niemieckim, czasem hiszpańskim. Nadal nie w polskim.

Jaką odpowiedź uzyskałam?

"Szansa na polskie wydanie mangi Suehiro Maruo jest obecnie największa w historii. Choć przez lata uważano twórczość tego autora za zbyt kontrowersyjną dla głównego nurtu, rynek komiksowy w Polsce dojrzał, a mniejszościowe lub niszowe oficyny wydawnicze chętnie sięgają po ambitne, dorosłe tytuły. 

Wydanie któregokolwiek z dzieł mistrza ero-guro (np. Midori: La ragazza delle camelie czy Shōjo Tsubaki) jest bardzo prawdopodobne z kilku powodów:
  • Wzrost zainteresowania nurtem ero-guro: Polscy czytelnicy coraz lepiej znają mangi z elementami psychodelii, horroru i groteski. 
  • Prestiż autora: Maruo to artysta znany i doceniany na całym świecie. Jego wyjątkowy, dopracowany styl graficzny jest uważany za dzieło sztuki, co doceniają europejscy wydawcy. 
  • Obecność na rynku zachodnim: Mangę Tajemnicza historia Wyspy Panoram oraz adaptacje Edogawy Ranpo wydały już zachodnie oddziały (np. we Francji czy w USA), co ułatwia negocjacje licencyjne dla polskiego wydawcy.
Obecnie najpoważniejszymi kandydatami do wydania twórczości Suehiro Maruo na polskim rynku są niszowe wydawnictwa specjalizujące się w autorskich i mrocznych komiksach (jak np. Kurc, Timof Comics czy Kultura Gniewu), które regularnie poszerzają ofertę o wymagającą literaturę graficzną."

No tak, możecie powiedzieć, wracam po czterech latach przerwy, aby znowu pisać o Suehiro Maruo. Monotematyczna jestem. Możliwe jednak, że zacznę udzielać się na blogu nieco częściej. Jeśli nie będę pisać, będę wrzucać więcej zdjęć komiksów, mang i książek, które mnie interesują. Zobaczymy.
Poza wydawnictwami wymienionymi przez AI przychodzi mi na myśl również Mangioka, azjatycki imprint Wydawnictwa Mandioca. Profil tego nowego wydawnictwa idealnie pasuje do specyfiki twórczości mistrza ero-guro. 
Ale, ale - Suehiro Maruo przecież został wydany w Polce. Mam tu na myśli Tajemniczą historię wyspy Panoram od Waneko. Manga ta ukazała się już dość dawno, bo w październiku 2024 roku i jest debiutem mangaki na naszym rynku wydawniczym. Pisałam więcej o tej pozycji w moim poprzednim poście z... 2022 roku odnośnie wydania amerykańskiego. Ależ ten czas leci. Wtedy rozpisywałam się o tym, że Maruo wciąż nie jest publikowany w naszym kraju, zastanawiając się, czy polski rynek już dojrzał na przyjęcie tego autora. Miałam nadzieję, że jednak to w końcu nastąpi. I tak, stało się. Decyzja Waneko co do akurat tej pozycji zdaje się być oczywista z kilku powodów: tematyka, adaptacja japońskiej klasyki, "lżejsza" odsłona twórcy ero-guro. Był to, patrząc na prace Maruo, bezpieczny wybór. Jest to jeden z jego najbardziej przystępnych tytułów, obok Gąsienicy, kolejnej mangowej adaptacji powieści Ranpo Edogawy, swoją drogą opublikowanej w Polsce nakładem wydawnictwa Tajfuny (dzięki Wam za wspaniałą robotę!).
Tak w ogóle fajnie widzieć, że to, na co psioczyłam na przestrzeni dwunastu lat, czyli odkąd założyłam tego bloga, staje się przeszłością. Wpierw narzekałam na nieobecność na polskim rynku Junji'ego Ito. I bach, stało się. Większość jego twórczości zostało wydanych przez J.P.F. Potem narzekałam, że w polskim przekładzie nie ma Ranpo Edogawy - i Tajfuny wydały dwie jego znakomite pozycje, Gąsienicę i Demona z samotnej wyspy. W międzyczasie marudziłam, że chciałabym poczytać w rodzimym języku mojego ulubionego mangakę. I to marzenie też się ziściło. Zatem czy mam prawo narzekać nadal?
Jasne, bo chcę więcej.
No co tu dużo mówić, Tajemnicza historia wyspy Panoram nie jest moją ulubioną pozycją Maruo. Nie jest nawet w pierwszej dziesiątce. Owszem, cieszę się, że ktoś go w końcu wydał po polsku i chwała mu za to, ale mam mieszane uczucia. Nie był to bowiem dobry przykład typowej dla tego mangaki twórczości. Kreska, owszem, jest piękna i charakterystyczna dla Maruo, jednak jest to taki Maruo na niby, na pół gwizdka. Zupełnie jakby go wykastrować i ocenzurować. 
Problem chyba polega na tym, że brakuje mi w tym tytule erotycznej groteski, do jakiej przywykłam, czytając inne mangi tego autora. Zdaję sobie sprawę, że przez niektórych może być to odbierane pozytywnie - w końcu dzieła Maruo stają się różnorodne, tworzone dla mainstreamowego  czytelnika. Rozumiem taki pogląd. Nie każdy może chcieć czytać - i oglądać - koprofagii, defekacji czy seksu z własną babcią. Szanuję zdanie każdego. Mnie z kolei takie "bezeceństwa" przyciągają jak magnez opiłki żelaza. Nic na to nie poradzę. 
Ale, pomijając już aspekt erotyczny twórczości Maruo, jego mangi są po prostu piękne, wysoce wysmakowane estetycznie. Niejedna plansza i kadr to małe dzieła sztuki i, nawet jeśli wyjąć je z kontekstu, bronią się jako twory samodzielne i niezależne.
Czym się skończyło moje buszowanie na Amazonie? Niebaczna na własne ograniczenia ponownie kupiłam komiks w języku, którego nie rozumiem. Tym razem padło na francuską edycję mojej drugiej ulubionej pozycji Maruo, Yume no Q-Saku. Czyli Maruo w surrealnym, ekstremalnym i onirycznym wydaniu - to, co lubię w nim najbardziej.
Poniżej prezentuję porównanie dwóch wydań Tajemniczej historii wyspy Panoram, od amerykańskiego Last Gasp i od polskiego Waneko.

Suehiro Maruo_The Strange Tale Of Panorama Island_okładka polska i amerykańska_cover
Suehiro Maruo_The Strange Tale Of Panorama Island_okładka polska i amerykańska_cover 00

Suehiro Maruo_The Strange Tale Of Panorama Island_okładka polska i amerykańska_cover 01

Suehiro Maruo_The Strange Tale Of Panorama Island_wydanie polskie i amerykańskie_01

Suehiro Maruo_The Strange Tale Of Panorama Island_wydanie polskie i amerykańskie_02

Suehiro Maruo_The Strange Tale Of Panorama Island_wydanie polskie i amerykańskie_03

Suehiro Maruo_The Strange Tale Of Panorama Island_wydanie polskie i amerykańskie_04

Suehiro Maruo_The Strange Tale Of Panorama Island_wydanie polskie i amerykańskie_05


________________________________